Biały Gawron I/ II - Prozą pisane - Artykuły - myśli nasze zaplątane







Ostatnio dodane [ proza ]

stajenny. część piąta. [J. P.]
stajenny. część czwarta [J. P.]
stajenny. część trzecia [J. P.]
stajenny. część druga [J. P.]
stajenny. część pierwsza [J. P.]
samotna plaża [J P.]

Ostatnio dodane [ poezja ]

żonglerka [A. S.]
niepokorna [A. S.]
nostalgia [A. S.]
ludzki los [E. J.]
o ponownym znajdowaniu sensu [J. W.]
posłuchaj miły [A. S.]
gumisie [U. P.]
o zwyczajności [S. P.]
cicho sza... [A. S.]
noworoczne szaleństwo [M. K.]
za późno [A. P.]
prośba [I. N.]
gdzie jesteś [M. K.]
twoje oczy [M. K.]
zostałem dziadkiem [J. P.]
uparcie i skrycie [A. S.]
za późno na żal [M. K.]
list [M. K.]
polowanie [M. K.]
czyściec mój [M. K.]
ostatnia decyzja [M. K.]
własny dom [M. K.]
zawiodłeś [M. K.]
prawdziwa [U.P.]
majtki [M. B.]
je suis [M. B.]
samotność [M. F.]
przyspieszam kroku [A. S.]
zakochanie ? [A. S.]
czy już czas [J. W.]


wszystkie dodane ostatnio, a
nie uwzględnione tutaj teksty
dostępne są w archiwum


Warto przeczytać
-
-
-
-
-
-


Dźwiękiem zaplątani

Anna Łotysz
zwierzenia drewnianej róży


Krzysiek Banita Kargól
na śmierć mnie skazano

Krzysiek Banita Kargól
ostatni spacer


więcej zaplątanych w czytane i śpiewane słowa dźwięków pojawi się wkrótce w osobnej zakładce.


Ogółem online: 1
Gości: 1
Użytkowników: 0



Formularz logowania


Witaj, Gość · RSS 2017-01-24, 18:12
Główna » Artykuły » Prozą pisane

Biały Gawron I/ II


Biały Gawron
Krzysztof Banita Kargól

I

\/
W nocy spadł śnieg i biały puch pokrył całe podwórko niczym pod kołdrą ukrywając szarość nagich gałęzi. Jedynie dorodne świerki rosnące przed oknami kontrastują jakąś wyblakłą zielenią, choć i one uginają się pod białymi czapami. Stoję w drzwiach, nie chcę nawet myśleć o tym by wyjść i zburzyć ten obraz odciskając w śniegu własne ślady. Wyjście jest jednak koniecznością biorąc pod uwagę moje umiejętności jako kierowcy i zapowiedzi kolejnych opadów. Nie mogę wracać, zostaję na kolejnych kilka dni. Sam przed sobą muszę się przyznać, że to jedynie wymówka by wydłużyć mój pobyt w tym miejscu. Dzwonię do domu, tłumaczę co się stało, uprzejmie odmawiam pomocy w transporcie i biorę się do pracy. Mozolnie, metr za metrem przekopuję podwórko tworząc swego rodzaju mapę w białym puchu. Jedna ścieżka do stodoły, druga do składziku z drewnem na opał, trzecia do furtki gdyby zjawił się jakiś niespodziewany gość. Macham łopatą przez cały dzień, czuję jak nieprzyzwyczajone do ruchu ciało powoli się buntuje kolejnymi ukłuciami bólu. I czekam na noc. Wieczorem robię sobie kolację, palę w piecu i zasiadam w starym, wytartym fotelu. Czekając aż cały pokój wypełni się ciepłem palonego drewna okręcam się kocem, biorę w dłoń kieliszek wiśniówki wyprodukowanej przez mojego kuzyna i powoli odpływam. To miejsce jest magiczne i pełne wspomnień. Każda ściana, wiszący na niej obraz, zegar, stary okrągły stół to dla mnie obrazy przeszłości. To miejsce każdym kątem przypomina mi ją, co jest o tyle dziwne, że nigdy jej tu nie było. Powoli zapadam w sen pieszczony rozchodzącym się ciepłem i kolejnym kieliszkiem wiśniówki. Dopala się drewno, zapada cisza, ja zapadam się we własne wspomnienia. Mam na imię Mateusz i urodziłem się mając 37 lat.
/\

Mam na imię Mateusz i urodziłem się mając 37 lat. Wtedy, pamiętnego marca 2011 roku stało się coś co na zawsze zmieniło mój sposób patrzenia na ludzi, świat i całą skomplikowaną rzeczywistość, a co ważniejsze, stało się coś, co już na zawsze zmieniło mnie samego. Wtedy, w marcu 2011 roku poznałem ją. A raczej to ona poznała mnie wpadając w moje nudne życie i przynosząc mi pełen koszyk doznań i uczuć o których istnieniu nie miałem pojęcia.
- Dzień dobry. Nazywam się Weronika Strike i dzwonię do pana z ofertą ubezpieczenia na życie - usłyszałem w słuchawce telefonu ciepły kobiecy głos, który, muszę przyznać postawił moje zaspane ciało do pionu. Instynktownie wyprostowałem się i przetarłem załzawione oczy.
- Dziękuję pani bardzo, ale nie jestem zainteresowany - odpowiedziałem przerywając rozpędzający się monolog który zaczynał mi się nawet powoli podobać a wizja polisy na życie zaczęła się jawić jako coś mi do życia niezbędnego.
- Może jednak znajdzie pan kilka minut na wysłuchanie szczegółów oferty - była dobra w tym co robiła - To tylko kilka minut a decyzja dotyczy pana i pańskiej rodziny.
Popatrzyłem na stertę brudnych naczyń w zlewie między którymi powoli zaczynał rozkwitać mały ekosystem, na niedomykający się kosz z brudną bielizną wymagającą odszukania instrukcji obsługi pralki i podjąłem słuszną jak się później okazało decyzję.
- No to słucham - odpowiedziałem.
Rozmowa trwała kilka minut, i choć przestałem rozumieć cokolwiek po trzecim zdaniu, słuchałem z zapartym tchem nie chcąc stracić nawet jednego słowa. Mam bardzo wyczulony słuch, a głos to coś na co zwracam szczególną uwagę. A tego głosu chciało się słuchać.
- No więc panie Mateuszu, możemy umówić się na spotkanie? - usłyszałem w słuchawce i dotarło do mnie, że to już koniec rozmowy.
- Raczej nie, dziękuję - skąd ona zna moje imię, ja się jej na pewno nie przedstawiałem - Do widzenia.
- Do usłyszenia panie Mateuszu.
Odłożyłem słuchawkę, popatrzyłem wrogo na kuchenny bałagan, potem na pralkę której obsługa stanowiła dla mnie swego rodzaju niezbadaną zagadkę i tak jak robiłem to już dziesiątki razy postanowiłem szybko znaleźć sobie jakieś inne nie cierpiące zwłoki zajęcie. Paczka papierosów i czteropak piwa były w zasięgu ręki.

\/
Dziś w nocy myślałem dlaczego mężczyzna wybiera konkretną kobietę. Dla "opakowania"? Nie, choć atrakcyjne opakowanie coś w sobie ma. Dla sexu? Też nie. Więc dlaczego zaczyna nagle o tej jednej myśleć jak o matce swoich dzieci? Może feromony? Cholera, też nie. Chyba, a raczej na pewno dla zawartości opakowania które fascynuje, przyciąga, intryguje. Choć pełne sprzeczności i wzajemnych wykluczeń jest piękne. Właśnie to wnętrze jest tak ważne. A może wszystko to brednie, bo facet wybiera tą jedną kierując się tylko uczuciami, a wtedy cała reszta jest mało ważna bo liczy się tylko uczucie do niej. Gorzej jeśli ten facet sam jest pusty i tylko mu się wydaje, że jest inaczej.

28 grudzień 2011 roku Kraków

Obudziło mnie przejmujące zimno. Na dworze znowu sypie śnieg i temperatura spadła o kolejnych kilka stopni. Ubieram kurtkę i wychodzę po kolejną porcję drewna na opał. Efekty mojej wcześniejszej pracy z łopatą którą teraz czuję w krzyżu są już ładnie zasypane białym, lepkim puchem. Brnę przez śnieg ciągnąc za sobą wiklinowy kosz, układam w nim szczapy drewna i wracam. Zamykam drzwi, dyszę z wysiłku, a pomieszczenie wypełnia para z moich ust. Może jednak to był zły pomysł, trzeba było wracać do miasta, za stary już jestem na takie ekstremalne warunki. Rozpalam w piecu, teraz szybko odzyskuje ciepło i wypełnia pokój ciężkim powietrzem. Znowu siadam w fotelu z kieliszkiem Andrzejowej wiśniówki i starym zeszytem pełnym pożółkłych już dzisiaj kartek. To nigdy niewysłane listy które pisałem do niej latami. Każdego wieczoru kiedy zasypiam...
/\

Rano wstałem z potwornym bólem głowy. Po otwarciu szafy okazało się, że znalezienie tej cholernej instrukcji obsługi pralki jest już koniecznością, tak samo jak porządki w kuchni, w której, takie przynajmniej odnosiłem wrażenie, powoli rodziła się całkiem spora i zorganizowana społeczność. Dochodziło południe kiedy zadzwonił telefon. Właśnie próbowałem zrozumieć różnicę między praniem szybkim a normalnym co budziło we mnie skojarzenia z jakimś serialem sf, więc telefon był wręcz chwilowym wybawieniem.
- Słucham - powiedziałem nieco zachrypniętym głosem.
- Witam ponownie panie Mateuszu. Weronika Strike z tej strony, rozmawialiśmy wczoraj, pamięta pan? - usłyszałem i pomyślałem jaka to kobieta jest uparta - Może się pan jednak da namówić na spotkanie?
Jej głos dziwnie na mnie działał. Chciałem go słuchać, ale takie nachalne dzwonienie było zdecydowaną przesadą.
- Bardzo pani dziękuję za troskę o moje życie, ale nie skorzystam. Możemy się umówić, ale nie na rozmowę o ubezpieczeniach - sam nie wiem dlaczego to powiedziałem, tak jakoś samo wyszło.
- A o czym? - znowu ten głos wwiercający się w moją głowę i budzący jakieś dawno uśpione obszary świadomości. A skąd mam wiedzieć o czym, tak mi się powiedziało - pomyślałem, a do słuchawki palnąłem:
- O życiu pani Weroniko, o życiu.
Cisza jaka wtedy zapadła przeraziła mnie. Nagle sobie uświadomiłem, że faktycznie mam ochotę porozmawiać. Rozmowa z kimś kogo się nie zna do niczego nie zobowiązuje, można poruszyć każdy dowolny temat bez obawy, że zostanie zapamiętany i przetworzony, taka rozmowa nie ma granic wytyczonych przez zależności rodzinne czy przyjacielskie. Nawet przyjacielowi nie jest łatwo opowiedzieć o tych najgłębiej schowanych przed światem myślach, a komuś obcemu - dlaczego nie...
- Zadzwonię - usłyszałem w słuchawce po czym rozmowa się skończyła.
Przez chwilę stałem z głupią miną trzymając w ręce brzęczącą słuchawkę, i, szczerze mówiąc, tak jak wyglądałem, tak się czułem. A wyglądałem jak dzieciak któremu ktoś pokazał lizaka tylko po to by go zaraz schować i parsknąć śmiechem w twarz dziecinnej naiwności. Mrucząc coś pod nosem dla odzyskania równowagi wróciłem do łazienki i nieszczęsnego prania. Dałem za wygraną. Program szybki na pewno będzie odpowiedni, a tej instrukcji i tak nie zrozumiem.
Za oknem panoszyło się pierwsze w tym roku wiosenne słońce i nie było szans by mu się oprzeć. Nawet taki malkontent jak ja musiał przyznać, że nie ma ochoty siedzieć w domu. Wyciągnąłem z piwnicy rower, napompowałem koła przeklinając starą wysłużoną pompkę. Sprawdziłem jeszcze hamulce, czyli upewniłem się, że działa tylko jeden i pojechałem w odwiedziny. Rzadko u niego bywam. Może dlatego, że czasami nie rozumiem co do mnie mówi, a może dlatego, że mimo upływu lat wyrzuty sumienia wcale nie stały się mniejsze. Nie wiem, i przestałem się już nad tym zastanawiać. Pojechałem odwiedzić ojca. Cmentarz miejski, alejka IV, rząd I.
Tamtego dnia zobaczyłem go pierwszy raz. Siedział na krzyżu łypiąc na mnie to jednym, to drugim okiem. Biały Gawron, albinos z czerwonymi ślepkami. Gdy podszedłem, odleciał.
- Cześć. Widzę, że spłoszyłem ci gościa. Nie gniewaj się, ja tylko na chwilę. - mówiłem cicho jednocześnie starając się zapalić znicz - Wiem, miałem przestać palić. Jak widzisz nic z tego nie wychodzi, brak motywacji. Jakoś widzisz się nie układa, wszystko jest inaczej a ja chyba nie mam już ani siły ani chęci by cokolwiek zmienić. Zwyczajnie nie ma po co. Pewnie patrzysz na mnie teraz i szlag Cię trafia. Zawsze mogłem na ciebie liczyć, nawet wtedy kiedy nie zgadzałeś się z moimi decyzjami, akceptowałeś je. Cholera, miałeś rację, wiedziałeś, że robię błąd i wiedziałeś, że nie możesz mi tego powiedzieć, że sam muszę ten błąd zrozumieć. Zrozumiałem skubańcu, tylko o kilka lat za późno. Ale wiesz jak mówią. Lepiej późno niż wcale. No więc jestem sam, rozprawa się skończyła kilka miesięcy temu, ale przecież ty to pamiętasz... Szkoda, że cię tu nie ma bo przydałby się ktoś kto by mnie mocno palnął w ten pusty łeb. Ale to zostaje między nami.
Kiedy szedłem w stronę cmentarnej bramy albinos siedział na drzewie i miałem dziwne wrażenie, że mi się przygląda, Przypomniałem sobie "Malowanego Ptaka" Kosińskiego.
Oczywiście zapomniałem, że pierwsza w sezonie wycieczka rowerowa powinna być krótka. No to teraz człapię obolały po schodach stękając jak staruszek chory na hemoroidy. Kiedy zapada zmrok i zaczynam codzienny rytuał wieczornego piwa przyprawionego papierosem przypominam sobie o rozmowie z panią Weroniką. Ciekawe ile ma lat - myślę - jaki kolor oczu, włosów. Jak wygląda i co teraz robi. Powoli zasypiam w oparach papierosowego dymu łapiąc się na tym, że czekam aż zadzwoni telefon i usłyszę jej głos. Dzwoni. Staram się szybko wyplątać z pościeli co przynosi efekt w postaci stłuczonego łokcia i dopadam telefonu.
- Słucham - sapię zdyszany w słuchawkę.
- Dzień dobry. Tu dział windykacji... - cholera, zapomniałem zapłacić rachunek za telefon.


II

\/
...Bo jeśli tak ma być
niech będzie tak jak chce
Będę kochał każdy dzień każdą noc
i każdy Twój szept
Bo jeśli tak ma być
 i cały świat odwróci bieg
ja pójdę tam...

28 maj 2011 Kraków


Kolejny dzień przyniósł jeszcze więcej śniegu. Do tego przenikliwy mróz i silne zamiecie które ograniczają widoczność do kilku metrów. Zrobiło się paskudnie, nie mogę nawet wyjść z domu bo boję się, że na tych kilku metrach utknę w śniegu. Nikt nie uprzedzał, że starość jest chwilami taka upokarzająca. Dzwonię do sąsiadów i proszę by przy okazji zrobili mi zakupy i przynieśli ze składziku trochę drewna bo zaczyna być na prawdę zimno. Powinienem zadzwonić do domu i poprosić kogoś by mnie zabrał. Zamiast tego zaczynam się przekopywać przez stare albumy ze zdjęciami i słuchać starych winylowych płyt które zwoziłem tu przez lata. Po godzinie przychodzi Kaziu, syn sąsiadów. Wyciąga trzy bochenki chleba, jajka, pęto kiełbasy i jakieś zapuszkowane smakołyki. Wszystko układa w lodówce cały czas opowiadając mi miejscowe plotki. Po kilku minutach wiadomości mam przynajmniej na dwie kolumny w jakimś miejscowym czasopiśmie gdyby takowe istniało. Kaziu przynosi mi jeszcze solidną porcję opału i rozpala w piecu. Pilnując ognia rozgląda się ciekawie po pokoju. Małe okna sprawiają, że panuje tu mrok który ja sam lubię, ale innych potrafi przyprawić o depresję. Przegląda moje zabytkowe płyty, dziwi się, że mam tyle zapisanego ręcznie papieru skoro nikt już dziś nie używa długopisów, tym bardziej atramentowych piór. Spomiędzy zapisanych stron wypada zdjęcie atrakcyjnej, młodej kobiety na które patrzy z ciekawością i pyta.

- A to kto?
Uśmiecham się i odpowiadam.
/\

Wieczór zapowiada się całkiem podobnie do kilku które już mam za sobą, czyli książka, papieros, piwo. Kolejność dowolna. Jak to jest - myślę - że mam tak niesamowity talent do robienia wokół siebie bałaganu. Co ciekawe, bałaganu nie znoszę, ale jeszcze bardziej nie lubię sprzątać. Mieszkam sam i rzadko ktoś mnie odwiedza, a to mnie nie motywuje do wydobycia z szafy tajemniczego urządzenia jakim jest odkurzacz. Ostatnio to zrobiłem, ale po kilku próbach wymiany worka schowałem go z powrotem na dno szafy. Nawet nie wiem czy jeszcze działa, bo ostatnie dźwięki jakie z siebie wydał przypominały wycie zamęczonego silnika i mocne puff któremu towarzyszył dosyć silny wystrzał kurzu. Raczej pozostanę przy miotle.
Wskakuję na łóżko, a raczej pokonuję zaporę z puszek po piwie by się do niego dostać. Ciekawe ile się ich uda poustawiać jedna na drugiej. Dochodzi 22, czytam coś zupełnie nie rozumiejąc sensu, a w myślach robię notatki na kolejny dzień. Niechętnie umieszczam w nich sprzątanie sypialni, zmianę pościeli i wycieczkę do marketu po te nieszczęsne worki do odkurzacza. Może jednak będzie działał jak kupię  odpowiedni model. Zasypiam przy włączonym telewizorze kiedy słyszę, a raczej czuję wibracje telefonu.
- Tak? - chrypię do słuchawki.
- Porozmawiamy? - już słyszałem ten głos. Aksamitny, czasem z lekką, niedostrzegalną chrypką, zmysłowy i niebezpieczny.
- Chętnie - odpowiadam czując jak moje ciało wraca do życia. Co się cholera dzieje?

\/
Brakuje mi tu właśnie Ciebie. Właśnie tu. I właśnie teraz. Chcę Cię objąć i zasnąć przy Tobie patrząc jak spokojnie oddychasz, na Twoje delikatnie rozchylone usta zanurzając się w zapachu Twoich włosów. Brakuje mi rozmów z Tobą, nawet tych kiedy krzyczałaś a ja się irytowałem. Wszystko jest lepsze niż ta cisza. Jestem idiotą, wiem o tym. Ale to niczego nie zmienia. Nie zmienia tego, że tylko Ty wiesz co to jest Staszkówka, ile dla mnie znaczy, i że tylko z Tobą bym chciał tu teraz być. Dobranoc.

1 styczeń 2012 roku, Staszkówka

Kaziu patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ma dopiero 19 lat i chyba nie jest przyzwyczajony do wynurzeń ze strony zgrzybiałego starca. W jego oczach ktoś taki jak ja ma już tylko prawo do kubka mleka na kolację i bezmyślnego klepania zdrowasiek przed snem. Rozumiem go, każdy kiedyś tak myślał, każdy uważał, że racja jest tylko po jego stronie. Człowiek uczy się przez całe życie a i tak umiera z tymi samymi pytaniami na ustach z którymi się rodził i dorastał.
- Panie Mateuszu, co było dalej? - słyszę nieśmiały głos i sam nie wiem który z nas jest bardziej zaskoczony tym pytaniem.
- Poczekaj, zrobię nam po herbacie - odpowiadam uśmiechając się do własnych myśli.
/\

Gdzieś w tle, oznajmiając to całemu światu agresywnym gwizdem przetacza się pociąg. Znacznie bliżej słyszę stukotanie butów na obcasach i przyspieszony oddech w słuchawce.
- Chętnie - powtarzam zastanawiając się jednocześnie o czym u licha mam rozmawiać z kobietą której nawet nie znam, a która na dodatek chyba gdzieś właśnie biegnie - Gdzie pani tak pędzi?
- Właśnie wracam do domu... - opowiada mi o wieczorze który spędziła ze znajomymi, o tym, że poszła drogą na skróty, teraz się boi i dlatego tak szybko idzie, a wcale nie jest to łatwe na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Właśnie przechodzi przez most na którym strasznie wieje wiatr, potem jeszcze tylko kawałek wśród drzew przez park i będzie w domu. Staram się sobie to wszystko wyobrazić, ale moje myśli nie są w stanie nadążyć za jej słowami.
- Muszę kończyć, pa. - rozłącza się a ja patrzę na słuchawkę zastanawiając się jak idiotyczny muszę mieć wyraz twarzy. Co to właściwie było? Zasypiam słysząc stukot tych dziesięciocentymetrowych szpilek.
Dziś sobota. Wieczorem umówiłem się na spotkanie z Wiktorem. Godzina 19, Mały Rynek, lokal o oryginalnej nazwie Re. Szybki przegląd szafy przynosi zaskakujące efekty. Zostały mi tylko spodnie od garnituru, reszta wisi i schnie na balkonie. Do spodni zakładam popielaty golf i tak wystrojony pędzę na spotkanie. Wiktor to mój najlepszy przyjaciel, znamy się już tak długo, że czasami nie musimy nawet wiele mówić by się porozumieć. Zamawiamy po piwie. Niepisane prawo mówi, że liczba kolejek powinna być parzysta, dlatego zazwyczaj kończymy na czterech. Tym razem jest tak samo. Po czwartej kolejce wstajemy, wychodzimy razem i w kilka minut kończymy rozpoczętą wcześniej rozmowę. Nie chce mi się wracać do domu, spaceruję po ulicach, przyglądam się ludziom i pogrążam we własnych myślach. Lubię miasto nocą, ma w sobie jakąś magię. To co w dzień wygląda zwyczajnie, nocą pełne jest zagadkowych cieni i tajemniczych głosów.
Wyciągam z kieszeni telefon, przekładam go z ręki do ręki udając przed samym sobą, że tylko sprawdzam która godzina. Wiem co chcę zrobić, tylko wbrew temu co sądzi o mnie większość ludzi jestem bardzo nieśmiałym człowiekiem. To co dla innych jest proste, dla mnie potrafi być nie lada wyczynem. Klnę pod nosem, staram się uspokoić oddech i przyspieszone bicie serca, wybieram numer i czekam na połączenie. Już mam zamiar się rozłączyć kiedy w słuchawce słyszę zaspane:
- Tak?
- Cześć - to jedyne co mi się udaje z siebie wydobyć. Sam nie wiem dlaczego zadzwoniłem, nie umiem tak zwyczajnie rozmawiać - Cześć, to ja. Właśnie wracam do domu...
Opowiadam jej o Wiktorze, o grajku który rozkłada się z gitarą koło przystanku na Basztowej, a z którym dzisiaj chwilę pośpiewałem. O pogodzie, o tym jak minął mi dzień. Ilekroć później wybieram jej numer zawsze czuję to mrowienie, a serce zaczyna biec swoim własnym rytmem gdzieś obok mnie.

\/
"...pamiętam tamten dzień gdy skrzydła ktoś nam dał,
gdy miłość spadła nam
tu,
na ten świat..."

24 styczeń 2012 roku, Kraków

Kaziu patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Chyba nie umie sobie wyobrazić starca śpiewającego na ulicy przy akompaniamencie gitary. Zresztą sam mam z tym dzisiaj problem.
- No Kaziu, zmykaj już do domu - nawet nie zauważyłem, że powoli zapada zmrok - Staruszek musi się wreszcie położyć.
- Przyjdę do pana jutro - szybko wstaje, ubiera kurtkę, czuprynę rudych włosów chowa pod wełnianą czapkę i wybiega trzaskając drzwiami. Odprowadzam go wzrokiem do furtki, składam rozsypane zdjęcia i płyty starając się je jakoś uporządkować. Minęło dużo czasu, ale nauczyłem się wreszcie po sobie sprzątać. Siadam przy stole ze szklanką gorącej, mocnej herbaty w towarzystwie "Mistrza i Małgorzaty" Bułchakowa. Książkę znam prawie na pamięć, więc mogę sobie pozwolić by część moich myśli poszła swoją własną drogą...
/\

- A może Błażej? - mówię do telefonu. Jest środek nocy, za jakieś trzy godziny muszę wychodzić do pracy i zaczynam się zastanawiać czy w ogóle jest sens się kłaść - Skoro inne imiona odpadają, to wybieram Błażeja.
- Ok. Na Błażeja mogę się zgodzić, ale Majka odpada - kwestia dziewczęcego imienia nadal pozostawała otwarta. Za to ustaliliśmy kwestię nazwiska.
Jak do tego doszło? Zwyczajnie. Po jednym telefonie był drugi, po drugim trzeci i tak dalej. Weronika opowiedziała mi o swoim życiu niejednokrotnie mnie zaskakując, ja chyba się nawet nie broniłem, sam nie wiem kiedy opowiedziałem jej o swoim. Zresztą wiele mówić nie musiałem, bo rozumiała mnie bardziej niż ja sam. Rozmawialiśmy każdego dnia, a raczej każdej nocy przyklejeni do słuchawek telefonów. Rano słuchałem jak krząta się po mieszkaniu, robi śniadanie. Budziłem ją, a ona mnie. Nie planowałem tego, to się po prostu stało, a nawet jej jeszcze nie widziałem. Którejś nocy wykrzyczałem na całe osiedle stojąc w otwartym oknie "Weronika, kocham Cię" i wiedziałem, że to prawda, choć byłem tym faktem zwyczajnie przerażony. Choć wcale nie wszystko było idealne, nie mogło być.
- Przyjedź do mnie - powiedziałem w pewną sobotę.
- Dobrze - usłyszałem w odpowiedzi i wtedy już bardzo poważnie zacząłem się bać.




Powyższy tekst stanowi wyłączną własność autora i nie może być wykorzystywany i powielany bez jego zgody. ( Dz. U. 1994 nr 24 poz 83 z póź zm )

Kategoria: Prozą pisane | Dodał: Banita (2013-02-23)
Wyświetleń: 419 | Komentarze: 1 | Rating: 1.0/1
Liczba wszystkich komentarzy: 1
1  
Zgadzam się, że to opowiadanie powinno zostać wydane.
Zauważyłam kilka powtórzeń wyrazów.
Bardzo podoba mi się wykorzystanie formy, wspomnień starego mężczyzny, w jakiej prowadzisz czytelnika przez tę historię.
Nienaganna interpunkcja, chociaż mnie dziwi fakt, że nie ma przecinków tam gdzie ja bym je oczywiście powstawiała....ha ha ha
Odczuwam minimalny, niedosyt emocji bohatera w opisach tego, co przeżywa on w danej chwili. Ale to oczywiście jest tylko moje, subiektywne odczucie.
Świetne teksty oddzielające poszczególne elementy opowiadania.
Ogólnie bardzo mi się podoba.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
[ Rejestracja | Wejdź ]
Stwórz bezpłatną stronę www za pomocą uCoz