Ostatnio dodane [ proza ]

stajenny. część piąta. [J. P.]
stajenny. część czwarta [J. P.]
stajenny. część trzecia [J. P.]
stajenny. część druga [J. P.]
stajenny. część pierwsza [J. P.]
samotna plaża [J P.]

Ostatnio dodane [ poezja ]

żonglerka [A. S.]
niepokorna [A. S.]
nostalgia [A. S.]
ludzki los [E. J.]
o ponownym znajdowaniu sensu [J. W.]
posłuchaj miły [A. S.]
gumisie [U. P.]
o zwyczajności [S. P.]
cicho sza... [A. S.]
noworoczne szaleństwo [M. K.]
za późno [A. P.]
prośba [I. N.]
gdzie jesteś [M. K.]
twoje oczy [M. K.]
zostałem dziadkiem [J. P.]
uparcie i skrycie [A. S.]
za późno na żal [M. K.]
list [M. K.]
polowanie [M. K.]
czyściec mój [M. K.]
ostatnia decyzja [M. K.]
własny dom [M. K.]
zawiodłeś [M. K.]
prawdziwa [U.P.]
majtki [M. B.]
je suis [M. B.]
samotność [M. F.]
przyspieszam kroku [A. S.]
zakochanie ? [A. S.]
czy już czas [J. W.]


wszystkie dodane ostatnio, a
nie uwzględnione tutaj teksty
dostępne są w archiwum


Warto przeczytać
-
-
-
-
-
-


Dźwiękiem zaplątani

Anna Łotysz
zwierzenia drewnianej róży


Krzysiek Banita Kargól
na śmierć mnie skazano

Krzysiek Banita Kargól
ostatni spacer


więcej zaplątanych w czytane i śpiewane słowa dźwięków pojawi się wkrótce w osobnej zakładce.


Ogółem online: 1
Gości: 1
Użytkowników: 0



Formularz logowania


Witaj, Gość · RSS 2020-01-29, 17:57
Główna » Artykuły » Sari

Jak pech to po całości

Pamiętniki kobiety spełnionej ( wyjątki )
Anna Sari & Krzysztof Kargól

Jak pech to po całości...

Po doświadczeniach z Bolesławem i Gracjankiem machnęłam ręką na facetów całkowicie. Na co mi oni, myślałam. Sama dawałam radę, a i czasu na wszystko coraz mniej miałam bo dwa etaty ciągnąć to już nie były przelewki. Zaczęłam też dostrzegać pozytywne strony bycia kobietą singlem. W domu zero brudnych skarpetek, gacioszków i innych tego typu męskich atrybutów. I zupa zawsze odpowiednio posolona była, i zapach jakiś inny.
Tak więc przez chwilę tuptałam sobie przez życie sama. Przez chwilę, bo Los, Amor czy też inna jakaś paskuda znów turbulencje uczuciowe w życie moje wpisać się uparła. Dlaczego? Nie wiem. Przecież nie modliłam się o faceta do świętego Judy, nie wzdychałam po nocach, włosów z głowy nie rwałam, nie czekałam. Może ktoś tam na górze tak się ubawił poprzednimi moimi perypetiami, że znów rólkę dla mnie przewidział w tej czeskiej komedii mojego żywota. Tylko, że tym razem wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, bardziej naturalnie i spontanicznie, co do reszty oszukało moje zmysły tak bardzo po ostatnich randkach wyczulone.
Wszystko zaczęło się pewnego czerwcowego dnia kiedy zmęczona wlokłam się z pracy do domu. Smętne moje rozmyślania krążyły w pobliżu lodówki w której o ile mnie pamięć nie myliła oprócz światła nic więcej nie było. Aż mnie wewnętrznie skręcało na myśl, że zamiast iść prosto do domu muszę jeszcze zakupy jakieś zrobić i lodówkę na weekend zaopatrzyć. Szłam pogrążona w rozmyślaniach bo piątek po południu zawsze był dla mnie okresem zadumy i rozważania różne prowokował. No bo jak to? Wszyscy biadolą na kryzys, a w sklepach małpiego rozumu dostają i robią zapasy jak na zimę stulecia. Tego pojąć nie potrafiłam, a tamtego dnia nawet się pojąć nie starałam. Zbyt byłam zmęczona, a wizja godzinnego stania w kolejce wcale mi nastroju nie polepszała. Wyboru jednak nie było.
Wkroczyłam w kłębowisko ludzi którzy z rozwianym włosem ganiali po sklepie pakując do koszyka wszystko co akurat znajdowało się w zasięgu ich rąk.
- Jezu przenajświętszy siłę mi daj - jęknęłam w duchu patrząc jak dwie babcie szarpią zaciekle ten sam koszyk- i psychiczną odporność.
- I co ja mam zrobić? - mruczałam po cichu zastanawiając się czy przypadkiem wcześniej nie nawiedził tego centrum handlowego ojciec dyrektor i nie poświęcił tych nieszczęsnych wózków. Może to jakaś ostatnia sztuka...

Odetchnęłam głęboko i bezradnie rozejrzałam się dookoła. Jest! Kiedy go ujrzałam nabrałam dodatkowej werwy i ruszyłam z kopyta by zdobyć go jak najszybciej, niestety nie zdążyłam. Tuż przed moim nosem wyrosły nagle męskie barczyste plecy i było już po koszyczku...
- A niech to szlag, cholera i inne takie trafią - mamrotałam wściekle - Niech ci się rączka urwie jak będziesz miał już pełno ty, ty, ty... - słów mi zabrakło, taka wściekłość mnie ogarnęła.

Dwadzieścia minut minęło nim ten przeklęty koszyk zdobyć mi się udało. Szybko go wypakowałam niezbędnymi do przetrwania wieczoru i jutrzejszego ranka wiktuałami, po czym dumna z siebie pomaszerowałam do kasy, a tam... o zgrozo. Za mną stanął typek któremu te dwadzieścia minut polowania na wózek zawdzięczałam. Tak, tak, dokładnie ten sam który mi zwędził sprzed nosa wózek mój pierwszy. Wiercił się niespokojnie jakby mrówki miał w gatkach, i myślał, że z litości go przepuszczę. Niedoczekanie twoje - pomyślałam mściwie. Pamiętliwa jestem, a te dwadzieścia minut czekania drzazgą mi w głowie siedziało.
Typek wiercił się, zaglądał z każdej strony jakby chciał się do tych moich zakupów dołożyć. Właściwie to nie na koszyk zerkał, ale tego, choć zauważone przeze mnie zostało roztrząsać nie chciałam. Kobietą bym jednak nie była, gdybym nie zarejestrowała faktu, że gość z półki "ciasteczkowej" był a nie "wypłoszowatej" i wyglądem nie odstraszał. Oj tam, było, minęło.
Zakupy zrobiłam, zapłaciłam i przegięta na bok pod ciężarem dwudniowego zaopatrzenia dreptałam powoli do domu. Zmęczenie coraz większe dawało mi się we znaki bardzo a kilometry zrobione w pracy na swoich własnych nóżkach odbijały się teraz echem aż do głowy.
- Jeszcze tylko przejście dla pieszych - snułam leniwą myśl - potem cztery pięterka i wreszcie upragniona kawka co pobudzi zaspane ciało do życia. Mmm, jeszcze tylko te pasy. Zielone światło mignęło zachęcająco i pozytywnie, ludkowie na zawołanie zgodnym taktem ruszyli jak na defiladzie. Ja z torbą ciężką wyłamałam się z szyku i robiłam za marudera dreptając metr za pozostałymi. I wtedy... stukot nóg, gwar ulicy i pisk opon, w ułamku sekundy wszystkie dźwięki zlały się w jeden. Przerażona zobaczyłam tylko czarną maskę samochodu, moja torba malowniczo pofrunęła w powietrze, a ja, gdyby nie refleks pewnie bym leżała już pod kołami. Na szczęście moje cenne ciało lekko tylko zostało popchnięte i z gracją klapnęłam pupką na jezdnię, z której wściekłość poderwała mnie jeszcze szybciej. Sprawca mojego upokorzenia już trzaskał drzwiami swojego auta i pędził w moją stronę, a tłumek ludzi wietrząc w powietrzu awanturę zebrał się już wokół przestawiając się automatycznie w "tryb stadny". Popatrzyłam w twarz nieszczęsnego kierowcy który już się nade mną pochylał, i...

- Koszyka ci było mało?- wysyczałam w twarz baranowi - Dobić chciałeś?
Facet zdębiał. Ludzie zaczęli szemrać, że uderzenie najwyraźniej mocniejsze było niż się wydawało w pierwszej chwili i doradzali wizytę w szpitalu. Skąd mogli wiedzieć, że kierowca ten nieszczęsny tym samym się okazał człowiekiem, który kilkadziesiąt minut wcześniej wózek sklepowy sprzed nosa mi sprzątnął. Tłum w "trybie stadnym" pozostawał nadal i zastanawiał się już czy istnieje potrzeba wezwania policji i pogotowia, a pewna usłużna paniusia telefon mi swój pod nos podsuwała krzycząc przeraźliwie:
- Dzwoń kochanieńka, dzwoń. Niech się najpierw baran jeździć nauczy, a nie rozbija ludzi jak pirat jakiś.

Sprawca krygować się zaczął przerażony złowrogim pomrukiem tłumu i wrogością jawną jaką dawało się już zauważyć. Przepraszał, kalał się i z uporem proponował mi wizytę na pobliskim pogotowiu. Odniosłam wrażenie, że ze strachu nawet do szpitala w "Leśnej Górze" by mnie zawiózł. Ha! Dobrze ci tak - pomyślałam mściwie strzelając minkę "takam chora", na co tłumek zrobił się bardziej zajadły, by nie powiedzieć, że agresywny. A ja? Cichutko pozbierałam torebkę i wiktuały porzucając tylko jogurty które kleksami pomalowały czerń asfaltu, po czym niezauważona cichutko się wycofałam. Przez króciutką chwilę żal mi się zrobiło faceta. Ludzie w piątkowe popołudnie bywają nieobliczalni i jakieś instynkty pierwotne w nich odżywają, zagrożony więc delikwent niewątpliwie był. Miałam jedynie nadzieję, że żaden znajomy z bloku całej akcji nie oglądał, bo przejście prawie naprzeciw okien frontowych się znajduje...            

***
Minęły dwie godziny. Już zrelaksowana, wykąpana i z upragnioną kawką w dłoni dreptając z kuchni do pokoju usłyszałam dzwonek. Mając na nogach pluszowe kapciuchy wielkości słoniowych nóg, pidżamkę w żyrafki którą moja latorośl obdarowała mnie w dobroci serca swego pomaszerowałam do drzwi, a tam stali... pani Bronia, takie blokowe CBŚ, i baran co mnie na pasach potrącił, że o koszyku nie wspomnę. Gdyby w drzwiach moich Dalajlama na słoniu się pojawił mniej by mi szczęka opadła. Tymczasem sąsiadka moja już jęzor rozpuściła i trajkotała jak młynek.
- Sąsiadeczko, bo ten miły człowiek co to panią nie trafił do końca na pasach - liczyła bździągwa, że mnie trafi na amen czy jak - to szukał pani, a ja wszystko widziałam. Wszystko! I tego miłego pana przyprowadziłam, bo może sąsiadce pomoc potrzebna?
- Nie. Nie potrzebna - mówiąc to dawałam do zrozumienia, żeby sobie poszli i święty spokój mi dali. Nie pojęli niestety. Pani Bronia delikwenta za łokieć chwyciła i do domu mojego zaczęła pchać się bezceremonialnie. O nie - pomyślałam - tak się bawić nie będziemy - Siląc się na uprzejmość podziękowałam obojgu i zamknęłam drzwi kończąc w swoim mniemaniu sprawę kolizji na pasach raz na zawsze.

Niestety kierowca pirat na całą sytuację patrzył z zupełnie innej perspektywy. Albo nudził się niepomiernie, albo manie jakąś miał, bo dziwnym zbiegiem okoliczności ciągle na siebie wpadaliśmy. Przy którymś "przypadkowym" spotkaniu, ( a cała historia ciągnęła się już prawie miesiąc ) zapytałam w grzecznych słowach o co mu właściwie chodzi, no i się dowiedziałam... Gdyby Gracjanek z Bolesławem zaproszenia na ślub mi przysłali zaskoczenie moje byłoby mniejsze. Facet patrząc mi prosto w oczy powiedział, że chyba się we mnie zadurzył.
- O mój Boże - w oczach mi lekko pociemniało, a myśli pogalopowały gdzieś za horyzont - Wariat! Mamo ratuj! Jeszcze mi tylko wariata na mojej koślawej drodze brakowało. Wariat najprawdziwszy.

Poczułam swędzenie pod podeszwami. Tak, tak, uciekać... szybko uciekać... Jednak ciekawość babska wzięła górę nad obawą. Jacek, bo tak się przedstawił ów pirat drogowy, prosił tylko ( albo aż ) o spotkanie przy kawie na którym wszystko spokojnie mi chciał wyjaśnić. Zgodziłam się. Kawa jak kawa, spotkanie też zwyczajne, ale wyjaśnienia Jacka już nieco od zwyczajności w moim pojmowaniu tego słowa odbiegały. Otóż usłyszałam standardową śpiewkę, że jestem jego ideałem, że żona go nie rozumie, że tylko dzieci go z nią łączą, bla, bla, bla... I tu padła propozycja swoistego układu ze mną w roli głównej. Tak mnie zatkało, że wstałam i wyszłam słowa nie mówiąc, co u mnie oznacza stan wzburzenia ponadprzeciętny. Gdybym została chwilę dłużej facet tak by oberwał po parszywej swojej fizjonomii, że gilem by się zachlapał. Pomimo zalewającej mnie wściekłości postanowiłam milczeniem pominąć całą sytuację i z pamięci jak najszybciej wymazać.
Jacuś jednak nie odpuszczał., a dzięki uczynności pani Broni wiedział gdzie mieszkam. Wystawał więc pod blokiem jak kołek, a mnie powoli strach zaczął ogarniać. Potem przeniósł się pod pracę. Poczułam się lekko osaczona i przytłoczona, a to już wywołało u mnie prawdziwą kobiecą złość. Swoją sytuację przeanalizowałam i stwierdziłam, że za długo już trwa i że pomocy potrzebuję na już, na gwałt, na cito! Zadzwoniłam do znajomego który w policji pracuje i sprawę mu zreferowałam dokładnie, pytając się co mam zrobić. Oficjalnego zgłoszenia nie było, ale Robuś pomoc obiecał. Fantazję ułańską posiada i ufam mu bezgranicznie, wiedziałam więc jedno - pomoc jest w drodze.
Nie pomyliłam się. Nie uczestniczyłam w akcji "wypłaszania upartego adoratora", ale z opowieści przebieg zdarzeń jawił się następująco. Robert do ułomków nie należy. Jak już mu pokazałam Jacka to następnego dnia w pełnym bojowym rynsztunku, czyli mundurze z dystynkcjami odpowiednimi stanął przed upartym delikwentem z miłym pytaniem do obywatela czemu to w sposób natarczywy panią "X" nęka? Jacek podobno oczy wielgachne zrobił i przepraszać zaczął z taką intensywnością, że zaskoczonemu Robertowi ręki o mało nie skręcił. Na koniec wcisnął mu w dłoń trzy stówy i oddalił się lekkim truchtem.
No i sprawa końca dobiegła. Byłam uboższa o adoratora, bogatsza jednak o trzysta złotych które mój obrońca przekazał mi jako zadośćuczynienie za straty moralne, a które na szczytny cel zostały przeznaczone, czyli wizytę w kawiarni z Robertem, jego żoną i paczką znajomych. A zamiast mrzonek o mężczyźnie kota sobie przygarnęłam. Nazwałam go Teodor, jakby ktoś pytał to samca w domu mam. 

Powyższy tekst stanowi wyłączną własność autora i nie może być wykorzystywany i powielany bez jego zgody. ( Dz. U. 1994 nr 24 poz 83 z póź zm )
Kategoria: Sari | Dodał: Banita (2013-04-11)
Wyświetleń: 370 | Rating: 5.0/4
Liczba wszystkich komentarzy: 0
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
[ Rejestracja | Wejdź ]
Stwórz bezpłatną stronę www za pomocą uCoz